Strony

sobota, 7 lipca 2018

Po przygodę do Solilandii


Kopalnię Soli w Wieliczce znają chyba wszyscy. Co roku odwiedzana jest przez tłumy turystów z całego świata. Nie każdy jednak wie, że od kilku lat kopalnia posiada w swej turystycznej ofercie wspaniałą opcję zwiedzania dla rodzin z dziećmi - „Odkrywamy Solilandię”. Co ważne, z logistycznego punktu widzenia, rezerwacji biletów dokonuje się telefonicznie, dzięki czemu wejście do kopalni mamy wyznaczone na konkretną godzinę i omijamy KOLOSALNE kolejki. Grupy są stosunkowo małe, a przewodnicy – ubrani w galowe górnicze mundury – niczym najlepsi animatorzy wprowadzają dzieciaki w baśniowy podziemny świat. Potrafią zaciekawić, zaktywizować, stworzyć tajemniczą aurę, wywołać dreszczyk emocji, rozbawić, a jednocześnie sprytnie przemycają całkiem sporą garść informacji na temat historii kopalni i pracy w niej.

Do podziemnego świata prowadzi około 400 schodów, pokonanie których stanowi dla dzieciaków nie lada wyzwanie, także matematyczne :) Robi się coraz chłodniej, co akurat przy trzydziestostopniowym upale na zewnątrz daje przyjemne poczucie ulgi. Warto jednak pamiętać o zabraniu czegoś cieplejszego do ubrania. Na dole przewodnik informuje, że naszym celem będzie dotarcie do samego serca Solilandii i spotkanie ze Skarbnikiem, dobrym duchem wielickiej kopalni, który strzeże porządku w jej długich i ciemnych korytarzach. Podziemna przygoda do złudzenia przypomina grę w podchody. Dzieciaki mają za zadanie wypatrywać charakterystycznych tabliczek z postacią Skarbnika wskazującego palcem właściwy kierunek wędrówki. Dodatkowo otrzymują mapę, na której zaznaczone są kolejne punkty trasy oraz zadania do wykonania przez grupę. Najstarszy chłopiec zostaje mianowany pisarzem i ma odnotowywać na mapce wykonanie poszczególnych zadań. Przewodnik wręcza również jednej z osób latarkę, bez niej trudno byłoby poruszać się po mrocznych kopalnianych zakamarkach. Kolejnej osobie powierzona zostaje funkcja klucznika, będzie musiała strzec klucza, bez którego nie moglibyśmy opuścić podziemi. Żeby nie było wątpliwości, że znajdujemy się w kopalni soli, przewodnik proponuje „degustację” ścian :) Spontaniczna reakcja dzieci spotyka się z powściągliwością dorosłych. Okazuje się jednak, że sól ma właściwości bakteriobójcze i nie musimy obawiać się pandemii.

Po krótkiej wędrówce trafiamy do Komory Janowice (64 m pod ziemią). Znajdują się tam naturalnej wielkości figury solne ukazujące królową Kingę – patronkę górników solnych, klęczącego przed nią członka jej orszaku oraz rycerzy. Gasną światła i rozpoczyna się krótki multimedialny spektakl przybliżający nam legendę o świętej Kindze.


Podczas dalszej wędrówki dowiadujemy się, że oprócz Skarbnika w podziemiach mieszkają również małe skrzaty – soliludki. Zwykle są one niewidoczne dla ludzi, ale pomagają górnikom w ich ciężkiej pracy. 


Jednego z nich mieliśmy okazję spotkać. Spał sobie smacznie w jednej z komnat. Przewodnik zachęcił nas, abyśmy zbudzili go ze snu. Jako że energii dzieciom nie brakuje, chóralnym krzykiem skutecznie wybudzają skrzata. Przeciąga się leniwie, po czym wita nas serdecznie i oferuje swoje towarzystwo w dalszej wędrówce. Po drodze zauważamy wielkie jaja. Jak się okazuje, należą one do solizaura – kopalnianego smoka. Soliludek sprytnie buduje napięcie, twierdząc, że jeszcze wczoraj widział 4 takie jaja, dziś pozostały już tylko 3. Dowiadujemy się, że najbardziej znanym solizaurem był smok wawelski. Jako że wszyscy znamy jego historię, coraz uważniej rozglądamy się na boki, by uniknąć spotkania oko w oko z bestią. Soliludek szuka pośród nas śmiałka, który jest gotowy pójść przodem i przecierać szlaki. O dziwo, odważnych nie brakuje. Na szczęście nasz przewodnik, znając dokładnie podziemne ścieżki, przeprowadza nas bezpiecznie obok kryjówki potwora. Rodzicom zdradza zaś tajemnicę, że zagrożenie było znikome, bo jak wiadomo, smoki pożerały jedynie dziewice.

Najbardziej okazałym miejscem na trasie naszej wędrówki jest Kaplica św. Kingi (101 m pod ziemią). Ta wydrążona w soli ogromna komnata, ozdobiona licznymi rzeźbami i misternie wykonanymi z soli kryształowymi żyrandolami, robi na turystach niesamowite wrażenie. Płaskorzeźby przedstawiają sceny z Nowego Testamentu, możemy zobaczyć szopkę betlejemską oraz „Ostatnią wieczerzę” inspirowaną dziełem Leonarda da Vinci. 
Uwagę przykuwa również trzyczęściowy ołtarz, w którego centralnej części stoi posąg świętej Kingi. Przy schodach znajduje się solny pomnik papieża Jana Pawła II. Pierwsze moje skojarzenie – to nieprawdopodobne, że wszystko to wykuła ręka ludzka. Pstrykamy jeszcze pamiątkowe zdjęcie i ruszamy dalej, zwłaszcza że cel już całkiem niedaleko.


Mijamy solankowe jeziora – to niesamowite, jakie cuda tworzy natura! W jednej z komór podziwiamy spektakl światła i dźwięku. Po wyjściu z komory czeka na dzieci niespodzianka – spotkanie ze Skarbnikiem, który zaprasza dzielnych piechurów do swojego królestwa.

Uśmiałam się przednio, słysząc, z jakim zaangażowaniem i wręcz eksplodującymi emocjami maluchy włączają się do rozmowy z siwobrodym i opowiadają o tym, co po drodze widziały i przeżyły. Jakby ta wyreżyserowana magia stała się faktem :) Spektakl jednak trwa dalej... Dzieci wcielają się w role legendarnych postaci i górników, którym przyszło sprostać wyzwaniu odnalezienia pierścienia św. Kingi. Radości nie ma końca. 


Skarbnik wyczarowuje każdemu śmiałkowi bryłkę soli na pamiątkę wizyty w kopalni, rozdaje dyplomy „Znawcy i przyjaciela Solilandii” oraz zakładki do książek. Na końcu dzieciaki robią użytek ze znalezionego po drodze klucza i otwierają tajemniczą skrzynię, w której ukryte są smakołyki - solilizaki.

Miejsce nas oczarowało. Nie jest łatwo sprawić, żeby zwiedzanie zabytków było dla dzieci atrakcją, a Kopania Soli w Wieliczce znakomicie sprostała temu zadaniu.
Polecamy i zachęcamy – naprawdę warto!

środa, 4 lipca 2018

„Jaś i Janeczka”, czyli niderlandzka klasyka dziecięca w nowej odsłonie


Uwielbiam wyszukiwać literackie perełki dla najmłodszych. Na „Julka i Julkę”, bo taki był pierwotnie polski tytuł cyklu książek o niesfornych 5-latkach, bezskutecznie polowałam kilka lat. Z wielką radością przyjęłam zatem informację o wznowieniu serii przez Wydawnictwo Dwie Siostry. Kontrowersyjna dla wielu czytelników zmiana tytułu oraz imion głównych bohaterów nie miała dla mnie większego znaczenia. Zastanawiałam się raczej, czy młody - wraz z upływem lat i dość dużym oczytaniem - zwyczajnie z tych książek nie wyrósł. Lektura pierwszego tomu rozwiała wątpliwości i szybko sięgnęliśmy po następne.

W każdej części znajduje się kilkadziesiąt krótkich (2-4 stronicowych) historyjek o codziennych przygodach dwójki mieszkających po sąsiedzku przedszkolaków. Bohaterowie są ciekawscy, mają szalone – nie zawsze bezpieczne pomysły, bawią się, rozrabiają, wspólnie odkrywają świat. Bywa też – jak to w życiu – że nie zawsze się ze sobą zgadzają i czasem dochodzi między nimi do kłótni. Opisane sytuacje niejednokrotnie ożywiały moje wspomnienia z dzieciństwa, wydawały się bliskie, znajome, skłaniały do opowieści o tym, jak „poważny” rodzic również krnąbrnym dzieckiem był :) Niektóre historie obnażają z kolei niecne uczynki mojego syna – wówczas chichramy się ze zdwojoną mocą, bo z dystansu, bez potrzeby rodzicielskiego moralizatorstwa jakoś łatwiej spojrzeć na wszelkie przewinienia z humorem. Swoją drogą, pomysły młodego (które z premedytacją i skrupulatnie spisuję) też byłyby znakomitym materiałem na opasłe tomisko.

Annie M. G. Schmidt ukazuje dziecięcy świat wraz z całym wachlarzem emocji: od radości, szczęścia, dumy, satysfakcji, poprzez empatię, wrażliwość, czułość, tęsknotę, aż po te negatywne, z którymi jednak przychodzi nam się w życiu również zmierzyć, tj. złość, gniew, wściekłość, zazdrość. Wszystkie są doskonale znane przedszkolakom, jednak spojrzenie na nie z czytelniczej perspektywy pozwala je lepiej zrozumieć, oswoić, spojrzeć z humorem na te negatywne, być może wyciągnąć jakąś naukę.

W książkach nie brakuje zabawnych sytuacji, takich jak m. in. ucieczka Jasia od fryzjera mimo niedokończonego strzyżenia czy też zdobywanie przez Janeczkę pierwszych fryzjerskich szlifów na czuprynie przyjaciela, zamknięcie „niegrzecznego” taty w szopie, próba nakarmienia rybek dziadka jabłkami, dżemem i czekoladą (cóż, intencje bohaterowie mieli szlachetne!), zakładanie zadziornemu koziołkowi skarpetek na rogi.



Na uwagę zasługuje pomysłowość i kreatywność Jasia i Janeczki, umiejętność wyczarowania czegoś z niczego. Uświadamiają nam, że do wspaniałej zabawy nie są potrzebne współczesne elektroniczne zabijacze czasu, lecz przede wszystkim wyobraźnia.

Książka ma, według mnie, jeszcze jedną zaletę. Jest idealna dla dzieci rozpoczynających przygodę z samodzielnym czytaniem. Zdania są krótkie, treść nieskomplikowana, czcionka duża i przejrzysta, dzięki czemu łatwo się czyta, co z radością uskuteczniamy.

Wszystkim przedszkolakom polecamy!








wtorek, 17 kwietnia 2018

Kolejkowo, czyli świat w miniaturze

Wrocław to miasto, które oferuje rodzinom z dziećmi mnóstwo atrakcji. Z całą pewnością warto wybrać się na spacer tropem krasnali, które czają się niemalże wszędzie. Te przezabawne skrzaty idealnie wkomponowały się w miejską przestrzeń i gwarantują turystom wspaniałą zabawę. Polecamy również Hydropolis oraz Afrykarium, choć samo legendarne zoo czasy świetności ma już, niestety, za sobą i mocno nas rozczarowało. Wartą polecenia atrakcją jest bez wątpienia Kolejkowo i to jemu poświęcony jest dzisiejszy wpis. Przyznam szczerze, że miejsce to uwzględniliśmy na naszej spacerowej mapce głównie ze względu na młodego. Jak się okazało, bawiliśmy się równie dobrze jak on, choć – nie ma co ukrywać – dorosłych dużo bardziej od pędzących po ekspozycji pociągów ekscytuje odkrywanie zabawnych detali i obserwacja ludzkich, jakże realistycznych historii.

Kolejkowo to największa makieta kolejowa w Polsce. Zlokalizowana jest w przepięknym zabytkowym budynku Dworca Świebodzkiego przy placu Orląt Lwowskich. Co ciekawe, ekspozycja jest stale rozbudowywana, pojawiają się nowe elementy, co z pewnością zachęca do ponownej wizyty za jakiś czas. Na chwilę obecną zajmuje 335 m² powierzchni (dwa poziomy), na której jest 510 m torowiska. Krąży po nich nieustannie 15 pociągów, od tych najnowszych - po zabytkowe lokomotywy. Po ulicach jeździ 215 samochodów. Tłem dla ruchu ulicznego są liczne budynki (242!), w tym miniatury autentycznych budowli i miejsc charakterystycznych dla Dolnego Śląska. Można zobaczyć m. in. fragment wrocławskiego Rynku i Placu Solnego, Dworzec Świebodzki, Karpacz, obserwatorium meteorologiczne na Śnieżce czy schronisko Szwajcarka w Sudetach Zachodnich. Tę starannie zagospodarowaną przestrzeń uzupełniają mosty, wiadukty, tunele, akweny wodne, pola, lasy, gospodarstwa rolne, place budowy, pustostany oraz… 3437 figurek ludzi i zwierząt. Tyle statystyk…

Natomiast to, co nas urzekło, to precyzja, z jaką zostały wykonane poszczególne elementy - modelarskie mistrzostwo. Makieta wręcz tętni życiem! Pociągi jeżdżą, wydają charakterystyczne dźwięki, słychać uliczny hałas, miejski gwar, w tle rozlega się sygnał karetki, straży pożarnej czy radiowozu policyjnego pędzącego do wypadku. Zmieniają się również pory dnia (dzień trwa 9 minut, noc 4), a gdy zaczyna zapadać zmrok, światła zostają przyćmione, a makietę Kolejkowa rozświetlają liczne latarnie uliczne, reflektory pojazdów, zapalające się światła w domach i w witrynach sklepowych, neony uliczne, reklamy, a nawet… znicze na cmentarnych nagrobkach. Wówczas możemy zauważyć, że wewnątrz budynków również toczy się życie.

Olbrzymią przyjemność sprawiło nam obserwowanie różnorodnych kadrów z życia. Scenki rodzajowe dotyczą niemal każdej przestrzeni życiowej: pokazane jest wesele, pogrzeb, widać ludzi zajętych swoimi codziennymi obowiązkami, spieszących się do pracy, robiących zakupy bądź też korzystających z różnych form wypoczynku: plażowanie, biwakowanie, wspinaczka górska, zjeżdżanie na nartach po ośnieżonych stokach Karkonoszy. Nie brakuje scenek stworzonych z dużym poczuciem humoru, zaskakujących, obnażających ciemniejsze strony naszej rzeczywistości. 

Namiastką niech będą zdjęcia.





Miejsce szczerze polecamy! W tym mikroświecie raczej nikt się nie będzie nudził.





sobota, 10 marca 2018

Giganty Mocy, czyli muzealna nauka przez zabawę


Planując nasze wyjazdy, zawsze staramy się uwzględniać atrakcje dla dzieci. Z przyjemnością stwierdzam, że takich miejsc powstaje w naszym kraju coraz więcej. Jedne zachwycają, inne – mimo popularności i dobrej reklamy – zdecydowanie nas rozczarowały.
A że warto promować ciekawe miejsca, stąd pomysł na cykl wpisów „polecających”.

Ostatnio odwiedziliśmy wspaniałe (!) interaktywne muzeum PGE Giganty Mocy w Bełchatowie. Zwiedzając ekspozycję, dowiadujemy się, kiedy i w jaki sposób na terenie miasta i okolic ukształtowały się olbrzymie złoża węgla brunatnego oraz jak jest on współcześnie eksploatowany, a następnie przetwarzany w energię elektryczną.

Przed wejściem na wystawę otrzymuje się audioprzewodnik oraz krótki instruktaż jak z niego korzystać. Przy poszczególnych eksponatach/tablicach znajdują się „czujniki”. Zbliżając do nich urządzenie, uruchamiamy kolejne nagrania. Początkowo obawiałam się, czy technologiczny gadżet nie rozproszy koncentracji mojego dziecka, jak się okazało – zupełnie niesłusznie.

Niemal od progu do świata nauki zapraszają animowane postacie – Gigusie Brunatne: ulubieniec najmłodszych – Woltuś, nastolatka Dżulka oraz profesor Om. Oprowadzają nas po muzeum, wyjaśniają zawiłe zagadnienia i opowiadają liczne ciekawostki. Wraz z nimi cofamy się w czasie… Śledzimy, jak zmieniała się kula ziemska od czasów Pangei po współczesność. Spacerujemy po dnie morza, które miliony lat temu zalewało tereny Bełchatowa. Morski charakter pomieszczenia podkreślają wodne instalacje, olbrzymia ścienna projekcja podwodnego świata oraz trójwymiarowe zdjęcia ukazujące florę i faunę morską, sprytnie wkomponowane w ruchome elementy, obok których żadne dziecko nie przejdzie obojętnie. Warto również wcielić się w rolę paleontologa i zanurzyć ręce w piachu, w którym ukryte są skamieliny - zachowane w skałach szczątki zwierząt i roślin dawnych epok: ślimaków, koralowców, jeżowców, gąbek i olbrzymich amonitów.


Następnie przechodzimy przez las tropikalny, z którego przez miliony lat, pod wpływem czynników biologicznych, geologicznych i geochemicznych, tworzył się węgiel brunatny. Jego dorodna bryła wyeksponowana została pośród innych skarbów natury skrytych w gablotach. Aż kusi, by ją dotknąć, wziąć w rękę odpryskujące odłamki, w efekcie… ubrudzić się niczym zawodowy górnik. Wyjątkowym eksponatem jest pochodzący z bełchatowskiej odkrywki skrzemieniały pień drzewa z epoki miocenu, czyli okresu, kiedy zaczął powstawać bełchatowski węgiel. 


Idąc dalej, stajemy oko w oko z mamutem włochatym :) Model szkieletu mamuta z pewnością przykuje uwagę każdego przedszkolaka, zwłaszcza, że w gablocie u jego „stóp” wyeksponowane są autentyczne fragmenty kości olbrzyma, które zostały znalezione podczas prac odkrywkowych. Z zainteresowaniem obejrzeliśmy również animację ukazującą to prehistoryczne zwierzę, wysłuchaliśmy ciekawostek dotyczących wyglądu, upodobań kulinarnych oraz przyczyn wyginięcia. Ekspozycję uzupełniają liczne plansze, które w graficzny sposób ukazują m. in. kolejne etapy zlodowaceń na terenie naszego kraju, ewolucję człowieka, jednocześnie pozwalają zrozumieć, jak długim procesem było powstawanie złóż węgla brunatnego.


Druga część ekspozycji pokazuje, w jaki sposób wydobywany jest węgiel brunatny. Można obejrzeć miniatury maszyn, film dokumentalny, a dla dzieci atrakcją będą przestrzenne puzzle ukazujące, na czym polega wydobywanie węgla metodą odkrywkową.


Tuż za „kopalnianą” częścią trafiamy do szatni górników, w której można przymierzyć mundur górniczy, a na głowę założyć charakterystyczną czapkę z pióropuszem bądź kask ochronny. Do kolejnej części prowadzi nas korytarz z licznymi monitorami i telefonicznymi słuchawkami rodem z PRL-u. Młody miał frajdę z „telefonowania”, my zaś z radością przenieśliśmy się w czasie i obejrzeliśmy archiwalne filmy ukazujące rozwój miasta na przestrzeni kilkudziesięciu lat działalności kopalni.
Na koniec wędrówki docieramy do elektrowni, gdzie dowiadujemy się, jak powstaje prąd. Dla dzieci przygotowana jest kolejna animacja, która w prosty sposób pozwala zwizualizować ten proces. 


Kolejnym pomysłowo zaaranżowanym miejscem jest „Szatnia fizyków”. Na drzwiach szafek znajdują się etykiety z nazwiskami najbardziej zasłużonych postaci, które przyczyniły się do rozwoju elektryczności. Wśród nich m. in. Alessandro Volta, Andre Marie Ampere, Georg Simon Ohm, Gustav Robert Kirchoff, James Prescott Joule, Thomas Edison. Po otwarciu szafek można wyczytać wiele ciekawostek na ich temat, obejrzeć zdjęcia, zobaczyć replikę żarówki Edisona, wysłuchać kolejnych nagrań z audioprzewodnika. Starsze osoby, zainteresowane zgłębieniem tematu, mogą wejść na stronę muzeum, gdzie znajdują się propozycje różnych doświadczeń wraz z dokładnym instruktażem, jak je przeprowadzić. 
Dalej już tylko doświadczanie, eksperymentowanie i zabawa. Urządziliśmy rodzinne zawody w ręcznym „wytwarzaniu prądu”, układaliśmy gigantyczne puzzle – klocki, transportowaliśmy węgiel na taśmie, rozwiązywaliśmy quizy.


Na zakończenie zwiedzania zobaczyć można olbrzymią realistyczną makietę przedstawiającą zrekultywowane tereny bełchatowskiej kopalni. Warto bowiem podkreślić, że niezwykle ważnym elementem działalności kopalni jest przywracanie wartości użytkowych i przyrodniczych zniszczonym terenom. Teren poeksploatacyjny z powodzeniem zwracany jest naturze, czego efekty już są zauważalne: sadzone są drzewa, powstają ścieżki rowerowe, uformowana została znana w rejonie, ale również i poza nim, Góra Kamieńsk. W przyszłości wyrobiska mają zamienić się w jeziora otoczone plażami – perspektywa naprawdę imponująca.

Podsumowując – Giganty Mocy to miejsce naprawdę warte polecenia. Byliśmy już w kilku interaktywnych muzeach, ale to zrobiło na nas zdecydowanie największe wrażenie. Ekspozycja jest spójna, bogata w eksponaty, pomysłowo zaaranżowana. Spora dawka wiedzy podana w formie przystępnej nawet dla najmłodszych oraz mnóstwo zadań aktywizujących, które z pewnością nie pozwolą się nudzić. Co ciekawe, dostępne są dwie formuły zwiedzania: dla dzieci i dorosłych. Plusem bez wątpienia jest brak tłumów znanych nam m. in. z Centrum Nauki Kopernik, dzięki czemu można swobodnie, bez pośpiechu korzystać ze wszystkich atrakcji.
Zwiedzanie zajmuje 1,5 – 2 godziny, a czas ten mija niepostrzeżenie szybko. Z całą pewnością jeszcze kiedyś tam wrócimy, chętnie skorzystamy też z organizowanych przez muzeum warsztatów.
Polecamy, zachęcamy :)


czwartek, 26 stycznia 2017

Podróże dookoła świata z Nelą - małą reporterką

Naszą przygodę z Nelą zaczęliśmy już jakiś czas temu, śledząc filmowe relacje z jej podróży emitowane w TVP ABC. Niedawno kupiłam pierwszą książkę małej reporterki i „przepadliśmy”… OBOJE J Czytamy kolejne części, wraz z Nelą podziwiamy piękno świata, poznajemy poszczególne kontynenty, egzotyczne kraje, ludzi i ich zwyczaje, bogactwo flory/fauny oraz… snujemy marzenia o doświadczeniu choćby namiastki tego w przyszłości.

Dotychczas ukazały się następujące pozycje:
  • 10 niesamowitych przygód Neli.
  • Nela na 3 kontynentach. Podróże w nieznane.
  • Nela i tajemnice świata.
  • Nela na tropie przygód.
  • Śladami Neli przez dżunglę, morza i oceany.
  • Nela na kole podbiegunowym.

Warto podkreślić, że wszystkie części są przepięknie wydane: twarda okładka, gładki – albumowy papier, mnóstwo zdjęć, aż chce się kartkować i podziwiać zanim jeszcze rozpocznie się lekturę.

Książki zawierają mnóstwo ciekawostek podanych w przystępny dla dzieci sposób. Z radością obserwujemy, jak młody chłonie te informacje, opowiada, dopytuje, ba! – testuje naszą wiedzę, zadając zagadki w stylu: Dlaczego niedźwiedź polarny nie poluje na pingwiny? Co to jest maskonur? Czym różnią się rogi od poroża? Co jest przysmakiem reniferów i dlaczego nocą świecą im poroża? Dlaczego Antarktyda jest kontynentem a Arktyka nie? Jak nazywa się najmniejszy ptak świata? Dlaczego nie powinniśmy uśmiechać się do małp? Które zwierzę większość swojego życia spędza do góry nogami? Przyznaję, że na znaczną część tych pytań nie umiałabym odpowiedzieć przed przeczytaniem książek.

Bez wątpienia atutem książek są piękne zdjęcia, liczne schematy i mapy, które pozwalają zwizualizować to, o czym czytamy.



Autorka bardzo często zwraca się bezpośrednio do młodego czytelnika, zadaje pytania, próbując go zaktywizować i „porwać” do wspólnego odkrywania tajemnic świata. Opisując swoje przygody, odwołuje się do emocji towarzyszących jej w podróży, np. podczas nocnego rejsu po Amazonce pełnej kajmanów i piranii, wyprawy w głąb dżungli, jazdy psim zaprzęgiem. Strach, radość, fascynacja, zmęczenie, niepokój udzielają się czytelnikowi, dzięki czemu z wielkim zaciekawieniem słucha poszczególnych opowieści.

Dodatkową atrakcją są multimedialne „dodatki” znajdujące się w 3 ostatnich częściach. Książki zawierają liczne kody QR, wystarczy ściągnąć na tablet lub telefon darmową aplikację SEE MORE, zeskanować kod i możemy oglądać filmiki uzupełniające czytane historie.

Książki szczerze polecamy i sami czekamy na kolejne!

piątek, 20 stycznia 2017

Eksperymenty, czyli domowe czary-mary

Od tygodnia siedzimy z młodym w domu uziemieni choróbskiem. Taki bonus do ferii i matczynego urlopu, abym się przypadkiem za bardzo nie rozleniwiła 😉 Żeby jakoś ciekawie spożytkować ten czas, postawiliśmy na eksperymenty. Fantastyczny wabik na każdego, ciekawego świata przedszkolaka. Gwarancja wyśmienitej zabawy zarówno dla kilkulatków, jak i dorosłych, a jednocześnie solidny łyk podstaw fizyki i chemii - jakkolwiek poważnie to nie brzmi.
Zapraszamy zatem do naszego domowego laboratorium i zachęcamy do działania!

Tęcza w szklance

 Do eksperymentu potrzebne będą:
- barwniki spożywcze
- woda
- cukier
- przezroczyste pojemniki/szklanki (liczba zależna od ilości kolorów, z których będziemy tworzyć tęczę)
- strzykawka lub pipeta

Wykonanie
Wlewamy taką samą ilość wody do każdej szklanki i zabarwiamy ciecz w poszczególnych naczyniach na inny kolor. Następnie wsypujemy cukier wg zasady: pierwsza szklanka - 1 łyżka, druga szklanka - 2 łyżki, trzecia - 3 łyżki itd. Mieszamy roztwory do całkowitego rozpuszczenia cukru. Już wówczas dziecko zauważa ciekawe zjawisko, że płyn w poszczególnych naczyniach zwiększył swą objętość w zależności od ilości dosypanego cukru, zmienił też swą konsystencję, u nas w ostatniej szklance powstał wręcz lepik. Za pomocą strzykawki bądź pipety wlewamy poszczególne kolory do czystego naczynia, pamiętając, by zacząć od tego, który ma największą gęstość. Ważne jest również, aby ciecz wlewać delikatnie, najlepiej kierując strumień na ścianki naczynia, dzięki temu unikniemy wymieszania kolorów. U nas pomarańczowy kolor jest praktycznie niewidoczny, ale efekt końcowy i tak nas zadowolił.


Mieszanie kolorów

Doświadczenie przeprowadziliśmy już jakiś czas temu, natomiast tym razem przypomnieliśmy je sobie, przygotowując materiał do wykonania tęczy.

Do zabawy wykorzystaliśmy:
- słoiki
- barwniki spożywcze w 3 podstawowych kolorach: żółty, czerwony, niebieski
- łyżeczkę
- kartę pracy zawierającą instrukcję do wykonania ćwiczenia (do pobrania TUTAJ)

Łączyliśmy ze sobą kolory podstawowe i obserwowaliśmy, jakie otrzymamy barwy pochodne. Nie ukrywam, że już samo przelewanie płynów stanowiło dla młodego olbrzymią frajdę.


Znikający atrament

Do przeprowadzenia eksperymentu potrzebne będą:
- 2 szklanki
- atrament (my wykorzystaliśmy z naboju do pióra)
- pipetka lub strzykawka
- łyżeczka
- ocet
- zimna i gorąca woda

Wykonanie
Do szklanki z zimną wodą wciskamy kilka kropli atramentu. Dusiek z zaciekawieniem obserwował piękne kształty tworzone przez opadający powoli na dno naczynia atrament. Po chwili stały się one coraz mniej wyraziste, wówczas zamieszaliśmy ciecz łyżeczką, atrament całkowicie rozpuścił się w wodzie, barwiąc ją na charakterystyczny niebieski kolor.
Do drugiej szklanki nalaliśmy wrzątku, następnie wstrzyknęliśmy kilka kropel atramentu. Ku naszemu zaskoczeniu atrament szybko rozpuścił się w wodzie, a po chwili… całkowicie zniknął, ciecz pozostała przezroczysta. Młody nie odpuścił i postanowił wpuścić kolejne krople. Efekt taki sam, po wymieszaniu ciecz nadal nie zmieniała koloru. Ale to nie koniec zagadkowych zjawisk. Do bezbarwnego roztworu dodaliśmy dosłownie kilka kropli octu. Ciecz błyskawicznie „odzyskała” swój piękny - atramentowy kolor, jeszcze bardziej intensywny niż w szklance z zimną wodą, bowiem do tej mikstury wlaliśmy zdecydowanie więcej atramentu.


Znikająca woda

Do wykonania eksperymentu potrzebne będą:
- głęboki talerz
- woda (u nas dla lepszego efektu zabarwiona na niebiesko)
- świeczka
- słoik
- zapałki/zapalniczka

Wykonanie
Zapalamy świeczkę i stawiamy ją na środku talerza wypełnionego wodą. Następnie przykrywamy świeczkę słoikiem, odcinając tym samym dopływ tlenu, który podtrzymywał płomień. Ciekawostką dla dziecka z pewnością będzie fakt, że płomień świecy gaśnie nie tylko wskutek zdmuchnięcia. Jednocześnie zaobserwowaliśmy bardzo ciekawe zjawisko zniknięcia wody z talerza, została ona całkowicie wciągnięta/zassana do słoika, czemu towarzyszyły ciekawe efekty akustyczne.


Samonadmuchujący się balon

Do doświadczenia potrzebne są:
- ocet
- soda
- przezroczysta butelka
- balon
- łyżeczka, ew. lejek

Wykonanie
Do butelki wlewamy ocet (ok. 1/2 szklanki), do balonu wsypujemy sodę oczyszczoną i zakładamy końcówkę balonu na szyjkę butelki - dość głęboko, by nie spadł z butelki podczas eksperymentu. Następnie dziecko podnosi balon, wsypując jego zawartość do butelki. Momentalnie balon powiększa się. Dzieje się tak na skutek uwalniania się dwutlenku węgla. Zaskoczenie młodego bezcenne!


Elektrostatyczne czary-mary

Czas na kilka naprawdę prostych w wykonaniu, ale efektownych ćwiczeń. Gwarantujemy, że niejeden włos stanie dęba - dosłownie i w przenośni 😉

Kartkę papieru tniemy na drobne kawałki (można wykorzystać również dziurkacz albo gotowe confetti). Dmuchamy balon, a następnie pocieramy nim o ubranie (najlepiej wełniane) bądź włosy. Przybliżamy balon do skrawków papieru, zaczynają one podskakiwać i przyklejać się do balonu. Dlaczego tak się dzieje? Balon podczas pocierania naelektryzował się ujemnie, skrawki papieru mają natomiast ładunek dodatni, dlatego balon je przyciąga.


„Naelektryzowany” balon „przykleiliśmy” również do ściany i sufitu. Oczywiście frajda była taka, że na jednym się nie skończyło, więc mamy w mieszkaniu iście imprezowy klimat 😉 Idąc za ciosem, wykonaliśmy kolejne ćwiczenie. Wykorzystaliśmy puszkę po coca-coli oraz plastikową linijkę. Linijkę „naelektryzowaliśmy”, a następnie zbliżyliśmy do puszki, oczywiście nie dotykając jej! Niewidzialna siła sprawiła, że puszka zaczęła się toczyć.


Opisaną powyżej zasadę elektrostatyki wykorzystaliśmy również bawiąc się w „Kopciuszka”… Na talerzyk wsypaliśmy trochę gruboziarnistej soli i zmielonego pieprzu. Młody nie krył zdziwienia, kiedy poprosiłam go o rozdzielenie wymieszanych składników - zadanie teoretycznie niemożliwe do wykonania. Okazało się, że nasze elektrostatyczne czary działają, hocus-pocus, pocieramy balonem intensywnie o ubranie/włosy, przybliżamy go do talerzyka i pieprz gwałtownie przykleja się do balonu oddzielając się od cięższej soli.
W
e wszystkich opisanych przypadkach mamy do czynienia z przemieszczaniem się (w konsekwencji tarcia) ładunku elektrycznego z jednego materiału do drugiego, czyli z elektryzowaniem ciał. Ze zjawiskiem tym spotykamy się na co dzień, np. czesząc się, zdejmując swetry, dotykając klamki u drzwi itp.
I na koniec eksperyment, który opisywaliśmy już kiedyś na blogu i do którego chętnie wracamy.

Erupcja wulkanu

Do przygotowania wulkanu z masy solnej potrzebne są:
- 1/2 szklanki mąki
- 1/2 szklanki soli
- 1/3 szklanki ciepłej wody;
Z racji tego, że chcieliśmy mieć dość pokaźny rekwizyt, zwiększyliśmy proporcjonalnie ilość poszczególnych składników, dodatkowo dosypaliśmy kakao, żeby zabarwić nasz wulkan. Z gotowej masy wspólnymi siłami uformowaliśmy stożek, wkładając w środek mały słoiczek i tak powstał krater. Nasze dzieło wrzuciliśmy na niecałe pół godziny do piekarnika i suszyliśmy w temp. 100 st. Gdy wulkan ostygł, młody u jego podnóża „stworzył” miasteczko, zbudował z klocków domki i poustawiał drzewa. 

Wykonanie
Do krateru wlaliśmy roztwór z wody, sody oraz czerwonej farbki plakatowej, można oczywiście użyć barwnika spożywczego. Następnie napełniłam strzykawkę octem i wręczyłam ją młodemu. Dobrze, że przejęty eksperymentem nie wrócił pamięcią do śmigusa-dyngusa. Pierwsza próba nieśmiała, Adaś delikatnie wstrzykiwał płyn do krateru i po chwili na powierzchnię zaczęły wypływać strużki lawy. Kolejna próba, zdecydowanie bardziej dynamiczna i widowiskowa, po ścianach naszego wulkanu spływały potoki „lawy”, zalewając częściowo miasteczko, dzięki czemu udało nam się pokazać, jak groźnym zjawiskiem jest erupcja wulkanu. 


Podsumowując, zachęcamy do eksperymentowania tych, którzy jeszcze tego ze swoimi maluchami nie doświadczyli. To nie tylko wspaniała zabawa, ale i solidna dawka wiedzy. Młody nawołuje o jeszcze 😊 
Zatem, moi drodzy, szukamy inspiracji. Podzielcie się tym, co u Was wywołało zachwyt bądź zdziwienie młodych odkrywców.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Czym zająć dziecko w podróży?


Długa podróż z dzieckiem to wyzwanie dla każdego rodzica. Zwłaszcza jeśli na pokładzie mamy niezwykle żywiołowy „egzemplarz”, który w aucie NIGDY (!) nie usypia. Co więcej, u którego poziom energii od momentu uziemienia w foteliku diabelsko wzrasta wraz z każdym przejechanym kilometrem i niebezpiecznie szuka ujścia.  Jak zatem spożytkować tę energię i zająć malucha na dłuższą chwilę, by podróż minęła całkiem przyjemnie?


Oto nasze propozycje:
(wiek 3-6 lat)


Dobble Kids

Dziecięca odsłona klasycznego Dobble. Gra zawiera 30 kart, na których znajdują się wizerunki zwierząt. Celem gry jest odnalezienie na dwóch krążkach tego samego zwierzęcia o tym samym kształcie, kolorze, różniącego się jedynie rozmiarem. Zadanie pozornie banalne, jednak gdy w grę wchodzi presja czasu (kto pierwszy, ten lepszy), rywalizacja i graficzny chaos na krążkach – nawet dorosły musi się dobrze skoncentrować. 


Wariantów gry jest wiele, zróżnicowany jest również poziom trudności, zatem grę śmiało możemy polecić już 3-latkom, górna granica wieku nieograniczona :) Dobble pozwala ćwiczyć refleks, koncentrację, spostrzegawczość, uczy przestrzegania reguł i zdrowej rywalizacji. Polecamy! Można również, wykorzystując zainteresowania dziecka, stworzyć własny zestaw krążków, korzystając z generatora Dobble ( KLIK)


Kółko i krzyżyk

Nowoczesna wersja popularnej zabawy na papierze, przy czym kółko i krzyżyk zastąpione zostały magnetycznymi elementami (w naszym przypadku są to niebieskie i czerwone myszki), a kartka – metalową planszą (pudełkiem). W sieci znaleźć można przepiękne, kuszące oko gotowce. Nasz zestaw przygotowałam sama, wykorzystując dostępne w domu materiały: metalowe opakowanie od kredek, kolorowy papier samoprzylepny, dwa kolory pionków (zarekwirowanych z gry planszowej) oraz taśmę magnetyczną. 


Ze względu na technikę wykonania gra doskonale sprawdza się w podróży, rozwija zdolności logicznego i strategicznego myślenia.


100 zabaw z lisem Fisem (Kapitan Nauka)

Nasze ostatnie odkrycie! Zbiór solidnie wykonanych kart z zadaniami dla 5-6-latków, choć zadania mają tak zróżnicowany poziom trudności, że i 4-latek sobie z dużą częścią poradzi. Do zestawu dołączony jest mazak suchościeralny, co już samo w sobie jest dla malucha atrakcją, wszak i pogryzmolić sobie można bezkarnie, a następnie zetrzeć i podjąć wyzwanie od nowa, korygując ewentualne błędy czy niedociągnięcia. Zestaw zapewni dziecku wiele godzin rozrywki, a przy okazji  nauki.


A co znajduje się na kartach? Są zadania ćwiczące motorykę małą (pisanie po śladzie, łączenie, zakreślanie), przygotowujące do nauki pisania, ćwiczenia na spostrzegawczość (wyszukiwanie różnic /podobieństw między obrazkami, łączenie w pary określonych elementów), zadania logiczne, matematyczne (liczenie, dodawanie i odejmowanie w zakresie do 10), przeróżne labirynty plus solidna dawka wiedzy z zakresu przyrody. Przykładowe karty można podejrzeć na zdjęciach poniżej.





Zaletą kart jest również szata graficzna, rysunki są realistyczne, wyraźne, stonowane kolorystycznie, co nie rozprasza malucha, dzięki czemu łatwo mu się skupić na wykonywanym zadaniu.

Z tej serii dostępny jest również zestaw „100 zabaw z koparką Barbarką”, który z pewnością trafi w nasze łapki w niedługim czasie.



Zagadki i łamigłówki z CzuCzu

CzuCzu znamy i lubimy od dawna. Tym razem sięgnęliśmy po „Fantastyczne gry logiczne” (4+) oraz zagadki (5-6 lat). Wyzwanie na bardzo wiele godzin. 


Pierwszy zestaw zawiera przeróżne zadania aktywizujące: labirynty, szlaczki, rebusy, szukanie różnic/podobieństw, łączenie w pary, rysowanie/kolorowanie wg wzoru lub zgodnie z instrukcją. Znajdują się w nim również liczne zadania językowe i matematyczne, których moje dziecko nigdy nie ma dość. Co ciekawe, książeczka przemyca wiele ciekawostek na temat różnych kontynentów i poszczególnych krajów. Dziecko dowie się m. in., że Włochy słyną z lodów, Szwajcaria z przepysznej czekolady, Grecja z oliwek, we Francji jada się croissanty, Paryż jest uznawany za stolicę mody, po Nowym Jorku jeżdżą żółte taksówki, a Holandia to kraj rowerów i tulipanów. Ciekawostki dotyczą również zwierząt zamieszkujących poszczególne kontynenty, zabytków oraz geografii, pełen misz-masz edukacyjny.  Informacje te są spójne z zadaniami do wykonania, co zwiększa szanse, że dziecko wiele zapamięta. 




Druga pozycja to zadania niewymagające pisania i rysowania.  Na każdej stronie znajdują się trzy zagadki z przeróżnych dziedzin życia, na kolejnej kartce dziecko może samo skontrolować, czy wykonało zadanie poprawnie. 


Zagadki są dobrym wstępem do rozmów na wiele tematów, które wzbudzą zainteresowanie dziecka.


Powyższe propozycje sprawdzają się u nas nie tylko w podróży, ale również jako „zabijacze” domowej nudy. Są małe, zatem bez trudu zmieszczą się w bagażu podręcznym malucha, a zapewniają rozrywkę na bardzo długo. Polecamy!